Zagłębiając się w odmęty nordyckiej historii – Viktor Arnar Ingólfsson „Tajemnica wyspy Flatey”

Skandynawia to mój żywioł. Od muzyki, poprzez bajeczną przyrodę, na kulturze i języku norweskim kończąc. Tym razem mamy do czynienia z powieścią, w której główne skrzypce odgrywa islandzka kultura oraz średniowieczny manuskrypt – Flateyjarbók. 

Jest islandzka wiosna 1960 roku. Mieszkańcom wyspy Flatey, znajdującej się u wybrzeży zatoki Breiðafjörður towarzyszy zapach morza, odgłosy ptaków i nadmorska bryza. Wszyscy żyją spokojnie i w zgodzie z naturą. Niestety, wszystko zmienia się, gdy zostają znalezione zwłoki na jednej z pobliskich wysepek. Kjartan, zostaje wyznaczony do wyjaśnienia zagadki tajemniczej śmierci, a tym samym odkrywa, jak głębokie sekrety ukrywają przed światem mieszkańcy Flatey. Tylko co wspólnego ma ze wszystkim średniowieczny manuskrypt Flateyjarbók?  „Gdy byłam dzieckiem, ojciec opowiadał mi sagi z tej księgi jak bajki. I ja sama zaczęłam opowiadać moje ulubione historie na swój sposób…”  Zacznę od tego, iż literatura skandynawska nie należy do tej z gatunku łatwych i przyjemnych. Nie chodzi mi tutaj o fabułę czy powtarzalność, o której wspomina wielu czytelników, tylko o język, który wielu osobom może sprawiać trudność: idealnym tego przykładem są choćby nordyckie imiona lub nazwy miast, którymi posługuje się autor. Nie każdy wie i nie każdy musi wiedzieć, że Kjartan czytamy jak Śartan. Czy jest to utrudnieniem? Na pewno, dlatego też dużo osób z tego względu nie sięga po tę literaturę, a warto. „Powiadają, że kiedy Thorgeir zmarł, wyjęto jego serce, by zobaczyć, jak wygląda, bo tak był odważny. Mówią, że serce miał wyjątkowo małe, bo z dawien dawna mawiali niektórzy, że mniejsze jest serce nieustraszonych niźli niemyślących.” Nie spotkałam się jeszcze z żadną książką kryminalną, w której tak szczegółowo ukazana byłaby fauna i flora. Autor przedstawia ją na wielu kartach powieści, czym jeszcze bardziej ukazuje piękno tamtejszej surowej przyrody, a dołączając do tego kawałek historii Wikingów oraz sag nordyckich ukazanych we Flateyjarbók robi idealną mieszankę wybuchową i trafia prosto w serce czytelnika. Uważam, że takie połączenie naprawdę dodaje tej powieści sporo na wartości. Niestety „Tajemnica wyspy Flatey” nie zawiera tylko pozytywnych aspektów. Uważam, iż autor mógł nieco wzbogacić charakter poszczególnych postaci, gdyż dla mnie są oni pospolici i z pewnością nie pozostaną w mojej głowie na długo. Kryminał Viktora Arnara Ingólfssona nie zaskakuje tempem akcji: myślę, że jest to książka dobra dla osób, które lubią stare sagi nordyckie oraz brak dużego rozlewu krwi ukazanego w powieści. Jednak jak na kryminał przystało, zwłaszcza odnoszący się do staronordyckich tradycji, znajdziemy tutaj odwołania do licznych kar, którymi posługiwali się Wikingowie, a piszę to dlatego, iż nie są one ukazane w sposób łagodny. Nie przeszkadza to jednak w czytaniu tej powieści i nawet wrażliwe osoby powinny dać radę swobodnie przebrnąć przez treść.

Moja ocena: 8/10*

Za możliwość zrecenzowania powieści, dziękuję wydawnictwu Editio (Editio Black).

18892993_640603722802141_2578661899359716399_n

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s